niedziela, 7 lutego 2016

Styczeń

w Crystal Palace rozbrzmiewał płytą Lovers Live Sade (Organek teraz tylko w samochodzie).
Ona jest hipnotyzująco piękna i pięknie się porusza. To po pierwsze.
Po drugie, jej muzyka jest wielowymiarowa.
Po trzecie - jej teksty.
Samo życie zgrabnie ujęte w niewielu słowach.


sobota, 6 lutego 2016

Crystal Palace

Jeśli horyzonty Twojego świata wewnętrznego są szersze niż Twoje okna,
nie ma bata, żebyś się nudziła na wsi.
Nie ma też czegoś takiego jak "brzydka pogoda".
Widzieliście kiedyś, jak wiatr pogania przez pola kurtyny deszczu i gradu???


Plecami do salonu,
z widokiem na północ,
leczę kaca po ostatnich 25 latach swojego życia
w trybie "remote control",
kiedy pilotem bawili się wszyscy
oprócz mnie samej.

To może potrwać kilka lat.
Aż świerki urosną i zasłonią widok na lasek Majewskiej.





Każdy dzień jak wagary.
Życie jak urlop.
Welcome to Crystal Palace!

piątek, 5 lutego 2016

"Abtauen-girl"

zaśpiewał przedwczoraj Holly przez Skype'a, kiedy zamawialiśmy lodówkę z systemem no frost.
Ach, Squirrel!!!!!
<3

Sincerely yours
Abtauen-Girl,
Crystal Palace

czwartek, 4 lutego 2016

W tłusty czwartek,

czekając na enzymy,
zamiast tłustych pączków
serwuję
tłuste bity.

"It's ok to play this loud."



I to był rym dekady, kiedy komponowałyśmy piosenki na keyboardzie Sary,
a ona uczyła się wymówić "Salezjanie Łódź" i "Pies, który jeździł koleją":

"I stuck my fingers in the socket, I blew up like a rocket
In the market, now I cannot stop it
Oh mami, oh papi, why they envy me?
Messin up my creativity with all this negativity?"

(NieNieNie, to nie nasz rym. To Missy.
My miałyśmy inne - prześmiewcze - i one niestety przepadły.)

środa, 3 lutego 2016

This is the life

Listy od Sary przypomniały mi o naszym ulubionym filmie i soundtracku AD 1995:



Homegirl Sarah z Pasadeny.
Bloods & Crips,
straight outta Compton,
rosyjska ruletka i te sprawy.
Stamtąd była Sarah.
A ja byłam z Wioski, a rosyjskie
to ja miałam pirackie płyty z "Manhatanu".

wtorek, 2 lutego 2016

God's playground

... i dobrze, że nie Goebbelsa.





Jeszcze ze dwa kursy nas czekają i chyba będzie koniec.
Mam ambitny plan, żeby przed przyjazdem BoskiegoBobaMaliny coś tu urządzić, coś zawiesić na ścianach. Dziś nam podłączają światłowód do domu (przedtem kładli w ziemi) i montują obróbkę drzwi wejściowych.


MS, są!
Listy.
Tak, tak, przed długimi mailami były oczywiście długie listy i bardzo dobrze, że były,
bo dzięki temu umiem pisać po polsku.
Ale że ja będę bloga prowadzić w tym języku...
To jeszcze rok temu wydawało się absolutnie niemożliwe!



Listy są cudowne.
Rozczulające i bardzo słodkie - MS dopiero się uczyła pisać - ale przede wszystkim mądre!
Bardzo mnie to poruszyło.
Nie mogę się nadziwić, jak dużo tam emocji, jak bogaty (wszech)świat wewnętrzny, który przecież nikogo z tak zwanych "dorosłych" nie interesował.
Tak dużo możemy się nauczyć od dzieci. One mają dużo czasu i bardzo wnikliwie obserwują i czują.
Tam są zaskakująco celne uwagi tak młodych przecież ludzi, bardzo trafne obserwacje świata "dorosłych" (homegirl Sarah z Kalifornii pisze, że dobrze wybrała, że tam nie została z matką i nie prowadzi tego pustego życia - wow) i ubolewanie nad jego bezsensem i nudą.

Chłopcy jednak są biedni i krzywdzeni przez "Dżendera". Czy chłopców się zachęca do pisania listów? Do zastanawiania się nad sobą i opisywania tych stanów, dzielenia się nimi?
Ostatnio pewien bardzo mądry duży chłopiec powiedział mi, że on nawet nie zna słów, żeby opisać to, co czuje. Powiedział, że zazdrości nam kobietom tego bogatszego języka w zakresie emocji.
Język w końcu nie tylko odzwierciedla świat. On go także tworzy.
Bez nazywania emocji - bieda, nędza i "po ulicy miłość hula wiatr".

Co ciekawe, tamci "dorośli" z listów to mniej więcej nasi dzisiejsi rówieśnicy.
Jacy nie chcieliśmy się stać, a jacy się staliśmy?
Ja poszłam dalej tą wyboistą drogą abnegata.
Spory odcinek nawet sama, samiusieńka przeszłam mocno poobijana i zmarznięta.
Wieśniak meets VW to jednak nie jest połączenie ani oczywiste, ani proste.
Schizofreniczne raczej. Szpagat i kilkuletnia bezdomność tożsamościowa.
Trzeba było stworzyć coś bardzo swojego, żeby się tam zadomowić,
bo gotowe rozwiązania nie pasowały.
A teraz jest ten niepowtarzalny, cudowny, kosmopolityczny fanklub i już nawet festiwale zaczynamy robić wieśniacze.
Dlatego w życiu zamiast na kompromisy, lepiej iść na poziomki.
Własną drogą, ma się rozumieć.

A Wy???
Kto się stał dorosłym? Obrzydliwym, wstrętnym dorosłym, z którym sam nie chciałby się bawić?
To jeszcze można odwrócić, you know...

poniedziałek, 1 lutego 2016

"To danie to coś dla O."

"Ale ja nie mam enzymów."
I w takim wypadku, gdy wokół chleb i rozpusta, ja znów kiszone ogórki.
Give me a break!





 
Przeszłam przez Chińczyków, ale to zupełnie nic nie dało.
Chyba nawet wręcz przeciwnie.
Natomiast co niektórych wywindowało na zupełnie nieznane wyżyny.
I tak trzymać. Też tam kiedyś dobiegnę.

A propos ogórków - doświadczony wyjadacz blogosfery Agussiek pomogła mi urządzić stronę z przepisami, także nie musicie już szperać po archiwum. Wszystko sukcesywnie uzupełnię i będzie na stronie głównej pod zakładką "Bezglutenowa Karma". Niebawem także mój autorski przepis na tuning kiszonej kapusty. Dla tych, co bez enzymów się tłuką po świecie...

(A sztuka mnie nie zachwyciła. To nie Tennessee...
Chociaż mam coś wspólnego z młodą bohaterką. Ona ewidentnie też nie miała enzymów.)